ii

Nie mam żadnych wątpliwości, że w tym miejscu powinno być najpiękniejsze z moich wspomnień, krótki tekst o długiej perspektywie i wystarczyć powinna jedna uwaga, że chciałbym potrafić kochać jak Ilona i Łukasz. Kiedyś spacerowałem o wiele więcej, miałem wrażenie, że wzmocnię się ku całodziennym wędrówkom i jeszcze wtedy na jednym z rajdów zgubiłem się na mapie, ale odnalazłem na spiętej polanie otoczonej z trzech stron lasem, a z czwartej ostrym, sosnowym młodnikiem. Słońce, wówczas przedpołudniowe, padało nabierając mocy na ścianę dumnych drzew, złocąc pnie barwami żywymi, tak mocno, że oczy zmęczone nocą nie mogły zrozumieć tego natężenia, tego zjawiska.Za parowem, zza którego wyszedłem, w niezrozumiałym oddaleniu i zarośniętych przecinkach były ostatnie sygnały mojej pewności co do miejsca, w którym się znalazłem, tam zanikała resztka pomysłu na dalszą drogę. Skośne promienie słońca leżały jednak niewzruszone moim pogubieniem, drwiły z kompasu same wyznaczając kierunek rozciągniętym cieniem. Zrezygnowany oddałem się jednak temu miejscu, idealnemu żeby rozstawić namiot, cieszyć się chwilą. Brakowało jednak najważniejszego, osoby, z którą można dzielić czas.

Łukasz tego dnia nie przywitał mnie jako fotografa, przywitał jako osobę, która jest odpowiedzialna za dostrzeżenie najważniejszych chwil. Uświadomiłem sobie, że nie zostałem wynajęty do obsługi, zostałem wyróżniony obecnością. Widziałem lekki stres, ale wiedziałem skąd pochodzi, z wiedzy, że to właśnie jest ten dzień, który opowie piękną historię, którą mam możliwość usłużyć. Rzadko mam wrażenie, że z miejsca mógłbym się zaprzyjaźnić z osobą, którą poznaję, ale z Łukaszem i Iloną tak właśnie było, a w pełni opory moje pękły kiedy zdezorientowany sytuacją na sali weselnej zostałem uświadomiony, że moje miejsce jest między gośćmi. Nie inna była sesja zdjęciowa, która minęła w dużej mierze na poszukiwaniu wrzosów, a uświadomiła mi o wiele więcej. Dziękuję.